Informacje

Autochton z miasta Kraków
5727.71 km wszystkie kilometry
629.91 km (11.00%) w terenie
14d 07h 01m czas na rowerze
16.14 km/h avg
629.91 km (11.00%) w terenie
14d 07h 01m czas na rowerze
16.14 km/h avg
Szukaj





Znajomi

Moje rowery
Archiwum
- 2013, Listopad.4.7
- 2013, Kwiecień.2.3
- 2012, Listopad.2.1
- 2012, Lipiec.3.7
- 2012, Czerwiec.5.7
- 2012, Maj.8.26
- 2012, Kwiecień.13.55
- 2012, Marzec.5.8
- 2011, Październik.2.11
- 2011, Lipiec.5.30
- 2011, Czerwiec.7.33
- 2011, Maj.1.7
- 2011, Kwiecień.8.41
- 2011, Marzec.1.7
- 2011, Styczeń.1.1
- 2010, Październik.3.9
- 2010, Wrzesień.3.10
- 2010, Sierpień.1.6
- 2010, Lipiec.7.27
- 2010, Czerwiec.4.22
- 2010, Maj.11.65
- 2010, Kwiecień.3.16
- 2010, Marzec.6.39
- 2010, Luty.5.25
- 2010, Styczeń.1.1
- 2009, Wrzesień.5.7
- 2009, Sierpień.20.7
- 2009, Lipiec.17.7
- 2009, Czerwiec.9.0
- 2009, Maj.6.0
- 2009, Marzec.1.0
Wpisy archiwalne w kategorii
Śląskie
Dystans całkowity: | 1919.10 km (w terenie 421.91 km; 21.98%) |
Czas w ruchu: | 122:51 |
Średnia prędkość: | 14.25 km/h |
Maksymalna prędkość: | 65.00 km/h |
Suma podjazdów: | 12810 m |
Suma kalorii: | 2355 kcal |
Liczba aktywności: | 45 |
Średnio na aktywność: | 42.65 km i 3h 04m |
Więcej statystyk |
Wielka Racza i Rycerzowa
W piątek wraz z Tomkiem oraz Maciejem synem Kazimierza herbu Załamana Szprycha postanowiliśmy wybrać się w okolicę Wielkiej Raczy. Plan był prosty, pobudka z rana, wskoczenie do pociągu o godzinie 7:07 i jazda do Rycerki Górnej. Ze stacji kolejowej troszkę pedałowania asfaltowego, a następnie wyjazd na Wielką Raczę. Pogoda idealna, temperatura wyśmienita, aura wspaniała.

Na górę dostaliśmy się w miarę sprawnie i po szybkim posiłku ruszyliśmy w kierunku Hali Rycerzowej. Po drodze oczywiście cudowne single, dużo zjazdów, trochę podjazdów, sporo pchania i gadania. Ludzi na szlakach jak na lekarstwo, ostatnie opady skutecznie wykurzyły piechurów, jak i rowerzystów.

Zauważyć należy, że kondycyjnie nie było z nami tak tragicznie. Podczas ostatniej wspólnej jazdy tą trasą padaliśmy ze zmęczenia, poniższe zdjęcie doskonale opisuje sytuację z czerwca 2010 roku i z czerwca 2012 roku :)

Po dotarciu na Halę Rycerzową wypiliśmy po piwku, trochę poleżeliśmy i ruszyliśmy w dalszą trasę.

Przed nami większość trasy to głównie jazda w dół. Sporo kamieni i korzeni, dużo również ubitych ścieżek do osiągania większych prędkości. Przy tym ostatnim trzeba być ostrożnym bo może dojść do tego co spotkało Macieja syna Kazimierza. Przeżył jednak i pojechał dalej :)

Dotarliśmy do Rajczy zmęczeni i stąd już paradnym tempem zmierzaliśmy w kierunku Radziechów. Mimo wyczerpania postanowiliśmy jeszcze zaliczyć wzniesienie pomiędzy Węgierską Górką i Przybędzą, a następnie wspiąć się na przełęcz pomiędzy Matyską a Suchedlą, następnie omijając szczyt Matyski zjechać polami do domu.
Wycieczka udana, zmęczenie zasłużone, a w domu piwko i niestety jeszcze troszkę pracy przy komputerze.

Na Wielkiej Raczy© autochton
Na górę dostaliśmy się w miarę sprawnie i po szybkim posiłku ruszyliśmy w kierunku Hali Rycerzowej. Po drodze oczywiście cudowne single, dużo zjazdów, trochę podjazdów, sporo pchania i gadania. Ludzi na szlakach jak na lekarstwo, ostatnie opady skutecznie wykurzyły piechurów, jak i rowerzystów.

W trasie© autochton
Zauważyć należy, że kondycyjnie nie było z nami tak tragicznie. Podczas ostatniej wspólnej jazdy tą trasą padaliśmy ze zmęczenia, poniższe zdjęcie doskonale opisuje sytuację z czerwca 2010 roku i z czerwca 2012 roku :)

Zestawienie nastrojów© autochton
Po dotarciu na Halę Rycerzową wypiliśmy po piwku, trochę poleżeliśmy i ruszyliśmy w dalszą trasę.

Na Hali Rycerzowej© autochton
Przed nami większość trasy to głównie jazda w dół. Sporo kamieni i korzeni, dużo również ubitych ścieżek do osiągania większych prędkości. Przy tym ostatnim trzeba być ostrożnym bo może dojść do tego co spotkało Macieja syna Kazimierza. Przeżył jednak i pojechał dalej :)

Szybka bania na trasie© autochton
Dotarliśmy do Rajczy zmęczeni i stąd już paradnym tempem zmierzaliśmy w kierunku Radziechów. Mimo wyczerpania postanowiliśmy jeszcze zaliczyć wzniesienie pomiędzy Węgierską Górką i Przybędzą, a następnie wspiąć się na przełęcz pomiędzy Matyską a Suchedlą, następnie omijając szczyt Matyski zjechać polami do domu.
Wycieczka udana, zmęczenie zasłużone, a w domu piwko i niestety jeszcze troszkę pracy przy komputerze.
Skrzyczne niedzielne
d a n e w y j a z d u
W sobotę podczas wieczornego ogniska padła idea wyjazdu na Skrzyczne. Chętnych znalazło się czterech. Plany jednak lubią się zmieniać, zwłaszcza po dłuższym biesiadowaniu przy ogniu wspieranym brzdękiem butelek tudzież metalicznym dźwiękiem giętego w rękach żelaza. Tym oto sposobem rano z czterech osób zrobiły się dwie. Zabrałem rower brata i pojechałem na spotkanie do Zimnika z oczekującym na miejscu Marcinem rodem z Twardorzeczki, podlegającego od niedawna parafii w Ostrem. Jak sam wspominał dzień wcześniej wolał czasy kiedy jego zacna miejscowość podlegała parafii radziechowskiej :) 35.36 km
0.00 km teren
03:55 h
9.03 km/h
50.00 vmax
1216 m 1738 <
Po drodze nie spotkaliśmy dużej ilości rowerzystów. Dwóch podczas naszego podjazdu mknęło w dół, jedna rowerzystka paradnym tempem odstawiła nas podczas wspinaczki i tyle ją widzieliśmy. Jadąc napotkaliśmy małego kolegę / małą koleżankę.

Kolega napotkany po drodze© autochton
Po drodze przystanków w moim wykonaniu nie brakowało. Marcin jechał przodem własnym tempem, czekając na mnie od czasu do czasu.

Przystanek© autochton

Marcin oczekujący© autochton
Na powyższym zdjęciu widzimy z tyłu plecy wspomnianej rowerzystki.
![Mordercze podjazdy :]](http://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,268636,20120507,mordercze-podjazdy.jpg)
Mordercze podjazdy :]© Marcin
Przed samym szczytem szybkie tankowanie i jazda na popas w schronisku.

Marcin kradnie wodę z potoka© autochton
Na samej górze nie panował zbyt duży ruch, kilku rowerzystów też się znalazło. Po krótkiej posiadówie przy Żywcu pojechaliśmy dalej z zamiarem dotarcia do Malinowskiej Skały, tam zapaść miały dalsze decyzje.

Prawie na szczycie Skrzycznego© Marcin
Oczywiście od szczytu Skrzycznego rozpoczyna się najlepsza zabawa zjazdowo-podjazdowa, z naciskiem na zjazdy.

Zjazdy i podjazdy© Marcin

Jazda© Marcin
Po dotarciu do Malinowskiej Skały zapadła decyzja żeby jednak jechać dalej w kierunku Radziechów oczywiście szlakiem. Po drodze Marcin zaliczył szybki serwis, przednie koło chciało mu uciec z widelca, przyszpilił je i pojechaliśmy dalej.

Serwis pod chmurką© autochton
Kondycja niekiepska, chociaż podjazd na rowerze brata dał mi trochę w kość i dwa razy zastanawiałem się czy ta wycieczka to dobry pomysł :) Nie mniej od Skrzycznego wszystko szło gładko i bez problemów kondycyjnych. Po drodze w okolicy Magurki Radziechowskiej Marcin odbił w dół do Twardorzeczki, a ja tradycyjnie przez Halę Radziechowską dotarłem do domu. Po drodze zaliczyłem Matyskę i zobaczyłem dzieło zniszczenia bandy wandali, którzy postanowili powyzywać od masonów lokalnego biskupa i jego świtę za pomocą farby kładzionej na podstawie krzyża. Ucierpiało też kilka stacji drogi krzyżowej. No cóż...

Górsko© autochton
Po powrocie obiad, drzemka regeneracyjna i późnym wieczorem jazda do Krakowa.
Żywiec
d a n e w y j a z d u
Od niedzieli przebywam w Radziechowach łącząc pracę z przyjemnością. Przez tydzień siedziałem przed komputerem dopracowując ostatnie rzeczy w sklepie internetowym, który uruchomiłem wczoraj wspólnymi siłami wraz z małżonką kuzyna. Zaczynam więc wpis od małej reklamy :)W naszym skromnym sklepiku znajdziecie biżuterię, a już niedługo troszkę szydełkowanych sweterków, rowerowe kolczyki też się znajdą :) W wolnej chwili zapraszam: Sklep aNSA.35.00 km
0.00 km teren
02:13 h
15.79 km/h
0.00 vmax
421 m <
Po kilku dniach wyciętych z życiorysu postanowiłem zrobić sobie dzień wolny i ruszyć po okolicy rowerem mojego bratanka Mikołaja.
Pogoda ładna i widoki eleganckie. Wycieczkę zacząłem od wjazdu na Matyskę, następnie zjechałem do Przybędzy i dalej do Juszczyny i Trzebini.

Radziechowskie widoki z Matyski© autochton

Krzyż na Matysce© autochton

Widoki pomiędzy Juszczyną a Trzebinią© autochton

Witojcie!© autochton
Z Trzebini zawitałem pod amfiteatr pod Grojcem, gdzie zazwyczaj odbywają się imprezy spod znaku piwka, kiełbaski i kwaśniczki.

Gar na kwaśnicę© autochton

Sponsor wycieczki© autochton
W parku żywieckim odwiedziłem park miniatur, jest to miniaturowy park miniatur, który prawdopodobnie kosztował kupę kasy. Wydaje mi się, że lepiej byłoby aby pan Szlagor zainwestował te pieniądze w infrastrukturę rowerową, bo Żywiec to idealne miasto, pod względem wielkości, do poruszania się w nim rowerem. Tymczasem jadąc od centrum handlowego na most solny ścieżka rowerowa urywa się tuż przed nim i żeby dostać się na drogę trzeba zeskakiwać z wysokiego krawężnika. Ponury żart nie droga rowerowa...

Park miniatur w żywieckim parku© autochton
Tuż obok parku miniatur można sobie zrobić zdjęcie z syntetyczną księżną :)

Syntetyczna księżna© autochton
Przejechałem przez Żywiec, w którym to ludzie prowadzący samochody zachowują się co najmniej zaskakująco. Wpierw jakiś człek nie zauważył że sygnalizuję zjazd z drogi głównej w podporządkowaną, z której wyjeżdżał, więc trzeba było opierniczyć dziada. Na rynku jakieś młode chłopaki z Cieszyna chciały jechać pod prąd, ale szybko zorientowali się że coś jest nie tak kiedy zauważyli mnie jadącego wprost na nich (to była dość śmieszna sytuacja). Następnie jakiś pan który chciał wjechać na ulicę Fabryczną zastawił mi drogę, biedaczyna się przestraszył chyba, że szybko jadę, ale nie wiem po co w takiej sytuacji zatrzymał się na środku drogi i zablokował skrzyżowanie :) Cuda ludzie! Cuda!
Szybko zatem uciekłem z dróg asfaltowych i w Leśnej skierowałem się do Radziechów spokojnie polami. Ładnie jest na tym odcinku, rzadko tam bywam.

Skrzyczne© autochton
Po drodze zahaczyłem o stary radziechowski cmentarz, jest tam krzyż z czaszką w sam raz do kolekcji Kajmana, z tym że w tym egzemplarzu czaszka gdzieś odpadła i zostały kości. Obok krzyża pomnik poświęcony ofiarom II wojny światowej.

Stary cmentarz w Radziechowach© autochton
Wycieczka udana. Testowałem w trasie aplikację w telefonie, która to zowie się "Moje trasy". Zapisuje ona ślad GPS i dane dotyczące podróży. Przelicznik chyba jakiś ma nieco dziwny, bo zawyżyła mi dystans o niemal 10 km i podawała maksymalną wysokość, której na pewno nie osiągnąłem. Wystarczy jednak wrzucić plik gpx na pierwszy lepszy portalik mapkowy i mamy wszystkie dane jak ta lala. Dokładne jednak to to nie jest.
Uwaga niedźwiedź
d a n e w y j a z d u
Mając na horyzoncie załatwienie kilku papierkowych spraw w rodzimych Radziechowach wsiadłem w cztery kółka i wyruszyłem z Krakowa. Cudny dzień, raz ciepło raz mróz, raz słońce raz zamieć śnieżna. Zwariować można, ale podróż była sympatyczna, większość kierowców niedzielnie wypoczywała i człek na drodze dostojnym tempem mógł, nie poganiany przez nikogo, jechać spokojnie. Dotarłem do domu po południu, zjadłem obiad i postanowiłem nie marnować czasu, zwłaszcza, że słońce na niebie zachęcało do małej wyprawy rowerowej. 16.42 km
0.00 km teren
01:21 h
12.16 km/h
33.00 vmax
378 m 617 <
Z krakowskiej perspektywy, mimo wczorajszych i dzisiejszych opadów, zdawało się, że zima na dobre odeszła. Z krakowskiej perspektywy również cały czas miałem cichą nadzieję, że możliwym będzie rekreacyjny wyjazd na Skrzyczne. Nie musiałem nawet dojechać do Żywca, żeby stwierdzić, że jeszcze przez długi czas na szlakach będzie zalegał śnieg. W zeszłym roku, dnia drugiego kwietnia można było spokojnie zrobić pentelkę szlakami przez Skrzyczne i Halę Radziechowską, dwa lata temu, na Skrzyczne bez większych problemów wjeżdżałem już 28 marca. Dziś... Z resztą sami zobaczycie...
Z nowości oficjalnie pojawiły się u nas niedźwiedzie :) Tabliczki o tym informujące pojawiły się chyba nie dawno, pogłoski o kręcących się w okolicy niedźwiedziach krążyły już od dłuższego czasu. Nic tylko wypatrywać grubego zwierza :) Taka oto informacja widnieje u podnóża Skrzycznego.

Uwaga niedźwiedź© autochton
Zanim jednak dotarłem do tego punktu, spokojnie wspiąłem się drogą na wzniesienie pomiędzy Radziechowami i Twardzorzeczką, widoczność była zadowalająca, przyświecało słońce, nieco śniegu sypało z nieba.

Matyska© autochton

Kotlina Żywiecka© autochton

Skrzyczne© autochton
Zjazd do Twardorzeczki to oczywiście masochistyczne okładanie się błotem. Dalej pojechałem przez Ostre do Zimnika i tam podążyłem tradycyjną trasą prowadzącą na Skrzyczne. po drodze zauważyłem nowe parkingi, wiaty i tablice informacyjne. Gmina Lipowa stworzyła tutaj zakątek turystyczny wraz ze ścieżką edukacyjną. Kamienne konstrukcje okalają źródełko z którego często czerpią wodę przyjezdni.

Wodopój© autochton
Tuż nad wodopojem znajduje się wcześniej zaprezentowana tabliczka informująca o niedźwiedziu. Dalej można jechać w miarę elegancko, ale bardzo szybko na drodze pojawia się śnieg. Z rowerem na szlak jeszcze nie ma za bardzo sensu się pakować, jak informował mnie kuzyn samo chodzenie, nawet z rakietami śnieżnymi w naszej okolicy jest poważnie utrudnione. Czekamy zatem na słoneczne dni :)

Dolina Zimnika© autochton
Daleko jeszcze nie zajechałem, słońce chyliło się ku zachodowi, a temperatura systematycznie spadała, przestawało być przyjemnie i miło.

Zimowo© autochton
W drodze powrotnej robiąc skrót do domu przez pola napotkałem szanownego sąsiada Stefana, który akurat wybierał się na tradycyjną rundkę biegową po okolicy. Pogawędziliśmy nieco i umówiliśmy na wieczorne piwko co by czas się nie dłużył.
Reasumując, liczę na to, że pogoda w końcu się ustabilizuje i nadejdzie wiosna, a wraz z nią możliwość eksploracji okolicznych włości na rowerze, nie tylko asfaltowymi drogami. Wypada jednak uzbroić się w cierpliwość, gdyż w tym roku może ten czas nie nadejść tak szybko.
Gonimy burzę
W pierwszy dzień zjazdu u Kajmana i Niradhary mieliśmy szczęście gdyż podczas zjazdu z Żaru deszcz nas szczęśliwie ominął, zawdzięczamy to temu, że jechaliśmy inna trasą niźli pozostali. Tzn. tak mi się wydaje, że resztę brygady trochę pokropiło, na pewno w komentarzach znajdzie się potwierdzenie tej teorii lub zaprzeczenie. Dzień wcześniej czyli w piątek, kiedy to wędrowaliśmy po grani pomiędzy Skrzycznem a Radziechowami, również mieliśmy szczęście. Ledwo tylko zostaliśmy wodą skropieni. Do trzech jednak razy sztuka :) Było to tak...
Już wcześniej uzgodniliśmy, że po mittingu zbieramy manatki i jazda do Radziechów, skąd mieliśmy wyruszyć na Rysiankę i dalej trasą, którą niedawno zaliczyłem z Maciejem synem Kazimierza. Pogoda ładna to i przyjemnie się jechało. Pojechaliśmy przez Żabnicę na Halę Boraczą.


Na miejscu mały odpoczynek, regulacja płynów w organizmie i jazda dalej.


Przed nami raczej przyjazne i interesujące podjazdy, głównie ze względu na kamyczki, na których trzeba się trochę gimnastykować co by jechać dalej. Świetna sprawa :)


Po drodze jeszcze oglądanie widoczków, ładnie eksponowanych ze względu na postępującą nadal wycinkę drzew w lasach.

Po wjechaniu w las zaczęło nieco kapać z nieba i z oddali słychać było grzmoty. Szybko przeanalizowaliśmy sytuacje i wyszło na to, że gonimy burzę. Zamiast zwolnić przyśpieszyliśmy i w końcu dotarliśmy na Rysiankę.

Choć wciąż ponuro, z chmur zaczęło przebłyskiwać słońce co znaczyło, że burza nadal nam ucieka. Zrezygnowaliśmy z dalszej trasy, którą planowaliśmy i odbiliśmy z czerwonego szlaku na drogę do zwożenia drzewa w kierunku Żabnicy.

Tym samym udało nam się dogonić burzę w Węgierskiej Górce :) Dopadła nas mega ulewa, a że już zdążyliśmy przesiąknąć wilgocią wcześniej kontynuowaliśmy jazdę w deszczu byleby szybko dotrzeć do domu. Po powrocie szybkie mycie sprzętu, obiad i powrót do Krakowa.

Wypad udany, ale obecnie nie toleruję siodełka rowerowego. Jazda w przemoczonym ubraniu nie jest dobrym pomysłem :)
Już wcześniej uzgodniliśmy, że po mittingu zbieramy manatki i jazda do Radziechów, skąd mieliśmy wyruszyć na Rysiankę i dalej trasą, którą niedawno zaliczyłem z Maciejem synem Kazimierza. Pogoda ładna to i przyjemnie się jechało. Pojechaliśmy przez Żabnicę na Halę Boraczą.

Boracze klimaty© autochton

Boracze klimaty© autochton
Na miejscu mały odpoczynek, regulacja płynów w organizmie i jazda dalej.

Jeszcze w słońcu© autochton

Opaska Go4Adventure.pl :)© autochton
Przed nami raczej przyjazne i interesujące podjazdy, głównie ze względu na kamyczki, na których trzeba się trochę gimnastykować co by jechać dalej. Świetna sprawa :)

Podejścia i podjazdy za Halą Boraczą© autochton

Kuba walczący© autochton
Po drodze jeszcze oglądanie widoczków, ładnie eksponowanych ze względu na postępującą nadal wycinkę drzew w lasach.

Mały postój© autochton
Po wjechaniu w las zaczęło nieco kapać z nieba i z oddali słychać było grzmoty. Szybko przeanalizowaliśmy sytuacje i wyszło na to, że gonimy burzę. Zamiast zwolnić przyśpieszyliśmy i w końcu dotarliśmy na Rysiankę.

Wjeżdżamy w las© autochton
Choć wciąż ponuro, z chmur zaczęło przebłyskiwać słońce co znaczyło, że burza nadal nam ucieka. Zrezygnowaliśmy z dalszej trasy, którą planowaliśmy i odbiliśmy z czerwonego szlaku na drogę do zwożenia drzewa w kierunku Żabnicy.

Ponuro na Rysiance© autochton
Tym samym udało nam się dogonić burzę w Węgierskiej Górce :) Dopadła nas mega ulewa, a że już zdążyliśmy przesiąknąć wilgocią wcześniej kontynuowaliśmy jazdę w deszczu byleby szybko dotrzeć do domu. Po powrocie szybkie mycie sprzętu, obiad i powrót do Krakowa.

Mycie po myciu© autochton
Wypad udany, ale obecnie nie toleruję siodełka rowerowego. Jazda w przemoczonym ubraniu nie jest dobrym pomysłem :)
Meeting u Niezależnych Krokodyli
Główną atrakcją weekendu był oczywiście "Meeting u Niezależnych Krokodyli". Rano przeprowadziliśmy z Kubą szybkie pakowanie gratów do samochodu, żeby dotrzeć do gospodarzy imprezy, czyli Kajmana i Niradhary na wyznaczoną godzinę 10. Poczucie wstydu było wielkie gdyż będąc dość blisko nieuchronnie spóźnialiśmy się. Wydawało mi się, że droga jest krótsza niż w rzeczywistości. Spóźniliśmy się nieco, ale jak się okazało nie byliśmy na szczęście ostatni :)
Wpisaliśmy się na listę zwiedzających elektrownię, rozdaliśmy nieco opasek odblaskowych od mojego szefostwa i ruszyliśmy w drogę.

Sympatyczna atmosfera i ładna pogoda zaprowadziła nas do elektrowni wodnej w Porąbce, którą to właśnie mieliśmy zwiedzać. Po obejrzeniu raczej "old school'owego" filmu na jej temat, zbadaliśmy temat nieco dogłębniej schodząc pod ziemię, aby zobaczyć na własne oczy tajną maszynerię generującą prąd właśnie, której nie można fotografować :)

Kolejnym celem, który staną przed nami to wyjazd na górę Żar, stanowiło to w pewnym sensie uzupełnienie zwiedzania elektrowni ze względu na znajdujący się na szczycie zbiornik wodny. Widoki ładne choć nieco pochmurnie. Po szybkim uzupełnieniu kalorii, postanowiliśmy zwijać manatki ze względu na pokapujacą raz po raz wodę z nieba. Większość ekipy ruszyła w dół drogą asfaltową, natomiast ja wraz z Kubą, Marusią i Yackiem ruszyliśmy w dół kamienistym szlakiem czerwonym. Trasa dość stroma, oczywiście trzeba uważać na kamyczki, ale generalnie dostarczająca sporo frajdy. Niestety Marusia z Yackiem zaliczyli po drodze glebę, nie obyło się bez krwi i poszarpanego odzienia, nie mniej każdy ukończył trasę o własnych siłach :)

Po małym odpoczynku w ogrodzie wyjechaliśmy na pobliską górę Wołek, gdzie po zaliczeniu sesji fotograficznej widoków i pozostałości zamku w iście japońskim stylu, skierowaliśmy się na ognisko.


![Zwiedzanie ruin :]](http://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,186387,20110606,zwiedzanie-ruin.jpg)

Duże zainteresowanie wśród przybyłych wzbudził rower Kuby, przeznaczony do jazdy nieco bardziej w dół niźli w górę. Zaowocowało to jeżdżeniem na zmianę po ogródku przez wszystkich chętnych :)
![Atrakcja dnia :]](http://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,186389,20110606,atrakcja-dnia.jpg)
Reszta to już pałaszowanie kiełbas przy ognisku, rozmowy mniej lub bardziej rowerowe oraz psoty, figle i gry towarzyskie, które inicjował niestrudzony Krzara :) Impreza udana! Dziękuję wszystkim za spotkanie i organizatorom za włożony trud w przygotowanie przedsięwzięcia. Cieszę się, że mogłem spotkać tyle nowych twarzy :)
Wpisaliśmy się na listę zwiedzających elektrownię, rozdaliśmy nieco opasek odblaskowych od mojego szefostwa i ruszyliśmy w drogę.

Opaska z TKsport.pl :)© autochton
Sympatyczna atmosfera i ładna pogoda zaprowadziła nas do elektrowni wodnej w Porąbce, którą to właśnie mieliśmy zwiedzać. Po obejrzeniu raczej "old school'owego" filmu na jej temat, zbadaliśmy temat nieco dogłębniej schodząc pod ziemię, aby zobaczyć na własne oczy tajną maszynerię generującą prąd właśnie, której nie można fotografować :)

Czekając na zwiedzanie elektrowni© autochton
Kolejnym celem, który staną przed nami to wyjazd na górę Żar, stanowiło to w pewnym sensie uzupełnienie zwiedzania elektrowni ze względu na znajdujący się na szczycie zbiornik wodny. Widoki ładne choć nieco pochmurnie. Po szybkim uzupełnieniu kalorii, postanowiliśmy zwijać manatki ze względu na pokapujacą raz po raz wodę z nieba. Większość ekipy ruszyła w dół drogą asfaltową, natomiast ja wraz z Kubą, Marusią i Yackiem ruszyliśmy w dół kamienistym szlakiem czerwonym. Trasa dość stroma, oczywiście trzeba uważać na kamyczki, ale generalnie dostarczająca sporo frajdy. Niestety Marusia z Yackiem zaliczyli po drodze glebę, nie obyło się bez krwi i poszarpanego odzienia, nie mniej każdy ukończył trasę o własnych siłach :)

Widoczki© autochton
Po małym odpoczynku w ogrodzie wyjechaliśmy na pobliską górę Wołek, gdzie po zaliczeniu sesji fotograficznej widoków i pozostałości zamku w iście japońskim stylu, skierowaliśmy się na ognisko.

Przedwieczorne zwiedzanie© autochton

Szturmując Wołek© autochton
![Zwiedzanie ruin :]](http://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,186387,20110606,zwiedzanie-ruin.jpg)
Zwiedzanie ruin :]© autochton

Rozmowy na szczycie© autochton
Duże zainteresowanie wśród przybyłych wzbudził rower Kuby, przeznaczony do jazdy nieco bardziej w dół niźli w górę. Zaowocowało to jeżdżeniem na zmianę po ogródku przez wszystkich chętnych :)
![Atrakcja dnia :]](http://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,186389,20110606,atrakcja-dnia.jpg)
Atrakcja dnia :]© autochton
Reszta to już pałaszowanie kiełbas przy ognisku, rozmowy mniej lub bardziej rowerowe oraz psoty, figle i gry towarzyskie, które inicjował niestrudzony Krzara :) Impreza udana! Dziękuję wszystkim za spotkanie i organizatorom za włożony trud w przygotowanie przedsięwzięcia. Cieszę się, że mogłem spotkać tyle nowych twarzy :)
Przedkrokodylowe Skrzyczne
Jakiś czas temu zatelefonował Kajman, że wraz Niradharą organizują u siebie zjazd bikestatsowiczów. Wspomniałem zdaje się o tym fakcie wcześniej. Oczywiście wyraziłem chęć uczestnictwa. Na Żywiecczyźnie musiałem zjawić się w piątek, aby odebrać od producenta opaski odblaskowe, które między innymi dnia następnego wylądowały również w rękach zjazdowiczów.
Miałem jednak zgryz jak dotrzeć do Bielska gdzie musiałem się zgłosić, kondycja nie ta więc jazda rowerem odpada w moim przypadku. Rozmawiałem jednak z Kubą, kolegą z Krakowa. Wyraził chęć wypadu w góry wiec wplatałem go w zjazd bikestats :)
Po szybkiej wizycie w Bielsku-Białej wylądowaliśmy w Radziechowach i po małym posiłku wybraliśmy się na Skrzyczne. Szczęśliwie unikaliśmy deszczu, jedynie na Malinowskiej Skale w drodze powrotnej do Radziechów pokropiła nas nieco przelatująca chmura. Dalej już bez zakłóceń dotarliśmy do domu. Mimo obaw pogoda była idealna, przyświecało nam ładnie słońce, a trasa dawała wiele satysfakcji, zwłaszcza końcówka, gdyż szlak z Hali Radziechowskiej nareszcie został względnie oczyszczony z zalegającego drzewa.
GPS padł po drodze, ale trasa generalnie niezmienna jak zawsze :) Poniżej starszy zapis dla zainteresowanych.
Miałem jednak zgryz jak dotrzeć do Bielska gdzie musiałem się zgłosić, kondycja nie ta więc jazda rowerem odpada w moim przypadku. Rozmawiałem jednak z Kubą, kolegą z Krakowa. Wyraził chęć wypadu w góry wiec wplatałem go w zjazd bikestats :)
Po szybkiej wizycie w Bielsku-Białej wylądowaliśmy w Radziechowach i po małym posiłku wybraliśmy się na Skrzyczne. Szczęśliwie unikaliśmy deszczu, jedynie na Malinowskiej Skale w drodze powrotnej do Radziechów pokropiła nas nieco przelatująca chmura. Dalej już bez zakłóceń dotarliśmy do domu. Mimo obaw pogoda była idealna, przyświecało nam ładnie słońce, a trasa dawała wiele satysfakcji, zwłaszcza końcówka, gdyż szlak z Hali Radziechowskiej nareszcie został względnie oczyszczony z zalegającego drzewa.
GPS padł po drodze, ale trasa generalnie niezmienna jak zawsze :) Poniżej starszy zapis dla zainteresowanych.
Sobotnia Rysianka
Wraz z Maciejem synem Kazimierza uradziliśmy, że w weekend trzeba się wybrać w góry, najlepiej w kierunku Rysianki. Brat odpadł wolał się powozić na Żarze kolejką i pozjeżdżać z górki. Ruszyliśmy zatem we dwójkę. Zaczęliśmy od Matyski i potem przez Przybędzę i żabnicę dotarliśmy na spokojnie na Halę Boraczą. Po szybkiej przerwie ruszyliśmy dalej, obierając zielony szlak na Halę Lipowską.

Był to strzał w dziesiątkę, szlakiem tym jedzie się na prawdę przyjemnie, choć chwilami bywa wąsko, a zbocze którym się podróżuje dość strome i lepiej przeprowadzać rower. Zmęczenie nie sięgało zenitu, ale tak czy siak człek się męczył :)

Bez względu na wszystko jest to super trasa jeśli chodzi o podjazd i nie ma na niej wielu miejsc, w których rower wygodniej jest poprowadzić lub ponieść.



Szybko udało nam się dotrzeć na Lipowską, gdzie tylko mignęliśmy i raz dwa wylądowaliśmy na Rysiance, gdzie ku swemu zaskoczeniu spotkałem znajomego, który tam mieszka, o czym zapomniałem kompletnie. Zatem dzięki jego uprzejmości posililiśmy się w schronisku po cenach hurtowych :)

Długo nie siedzieliśmy szybko wróciliśmy na szlak i zjechaliśmy, chyba szlakiem czerwonym, kierowaliśmy się tym razem w stronę Cięciny trasą, którą kiedyś nieopatrznie wybrałem się z bratem na Romankę (więcej TUTAJ}. Polecam jako trasę zjazdową, ale nie podjazdową! To byłoby chyba na tyle :)

Tuż za Halą Boraczą© autochton
Był to strzał w dziesiątkę, szlakiem tym jedzie się na prawdę przyjemnie, choć chwilami bywa wąsko, a zbocze którym się podróżuje dość strome i lepiej przeprowadzać rower. Zmęczenie nie sięgało zenitu, ale tak czy siak człek się męczył :)

Dętka© autochton
Bez względu na wszystko jest to super trasa jeśli chodzi o podjazd i nie ma na niej wielu miejsc, w których rower wygodniej jest poprowadzić lub ponieść.

Skaliście i kamieniście po drodze© autochton

Kamienista ścieżka© autochton

Maciej syn Kazimierza w walce© autochton
Szybko udało nam się dotrzeć na Lipowską, gdzie tylko mignęliśmy i raz dwa wylądowaliśmy na Rysiance, gdzie ku swemu zaskoczeniu spotkałem znajomego, który tam mieszka, o czym zapomniałem kompletnie. Zatem dzięki jego uprzejmości posililiśmy się w schronisku po cenach hurtowych :)

Widoki z Rysianki© autochton
Długo nie siedzieliśmy szybko wróciliśmy na szlak i zjechaliśmy, chyba szlakiem czerwonym, kierowaliśmy się tym razem w stronę Cięciny trasą, którą kiedyś nieopatrznie wybrałem się z bratem na Romankę (więcej TUTAJ}. Polecam jako trasę zjazdową, ale nie podjazdową! To byłoby chyba na tyle :)
Niedzielny obiad
Niedziela zaowocowała jedynie krótkim wypadem na Kopę. Górka zaraz pod ręką w sam raz na przedobiednią wycieczkę. Na miejscu trochę potrenowaliśmy skoki na Giancie brata i tak jakoś czas zleciał. Pogoda praktycznie wakacyjna podobnie jak atmosfera. Wyprawa niezbyt imponująca, ale dająca wiele radochy z zabawy rowerem. Miał do nas dołączyć również Maciej syn Kazimierza, ale jakoś minęliśmy się po drodze i pojechał dalej w las bez naszej asysty.




Rozbicie bazy© autochton

Tomek podczas jazdy© autochton

Hopy i hopeczki© autochton

Autochton na Kopie© autochton
Skrzyczne raz pierwszy
Plan, żeby zainicjować sezon wyjazdem na Skrzyczne krążył od jakiegoś czasu, ale pogoda nie dopisywała, wreszcie jednak się udało. Pierwotnie chcieliśmy zaliczyć tradycyjną trasę z Radziechów na Skrzyczne i potem przez Malinowską Skałę i Halę Radziechwoską do Radziechów, ale postanowiliśmy sobie odpuścić. Po wyjechaniu na Skrzyczne, doszliśmy do wniosku, że po powrocie do domu chcemy mieć jeszcze jakąś siłę, choćby do umycia się i wykonywania podstawowych czynności :) Podjęliśmy dobrą decyzję, bo po przejechaniu całej trasy pewnie padlibyśmy na twarze. Wycieczka zatem była w sam raz na nasze siły.
W wycieczce brałem udział ja, mój brat Tomek i Maciej syn Kazimierza, a więc znani stałym czytelnikom załoganci teamu radziechowy.com :)
Droga na Skrzyczne elegancka, temperatura zadowalająca, śniegu brak właściwie do samego szczytu.

Tuż przed szczytem ośnieżony odcinek, po drodze napotkaliśmy kilku rowerzystów jadących w dół. Można rzec nawet, że tłok był na trasie spory :]

Na górze po małym posiłku i rozglądnięciu się wokół pojechaliśmy z górki. Dla urozmaicenia postanowiliśmy zjeżdżać trasami do ściągania drzewa i to był strzał w dziesiątkę. Fajna zabawa, strome zjazdy i brak monotonnego zjazdu praktycznie asfaltową drogą.

W drodze z Twardorzeczki do Radziechów, zahaczyliśmy tradycyjnie o Kopę. Tam przez chwil kilka chłopaki poskakały sobie na trasie wyjeżdżonej przez motocyklistów. Ja tym razem swoich sił nie próbowałem, stałem spokojnie z boku i obserwowałem całe zajście.




Powrót był spokojnym, chociaż w trakcie zjazdu ze Skrzycznego złapałem kapcia, szybka wymiana dętki i jazda dalej. W domu myjka oczywiście poszła w ruch i rowery odzyskały blask swój. Następnym razem w planie jest zdobycie Rysianki. Sezon zaczyna się dobrze! :)
W wycieczce brałem udział ja, mój brat Tomek i Maciej syn Kazimierza, a więc znani stałym czytelnikom załoganci teamu radziechowy.com :)
Droga na Skrzyczne elegancka, temperatura zadowalająca, śniegu brak właściwie do samego szczytu.

W drodze na Skrzyczne© autochton
Tuż przed szczytem ośnieżony odcinek, po drodze napotkaliśmy kilku rowerzystów jadących w dół. Można rzec nawet, że tłok był na trasie spory :]

Maciej syn Kazimierza zmaga się ze śniegiem© autochton
Na górze po małym posiłku i rozglądnięciu się wokół pojechaliśmy z górki. Dla urozmaicenia postanowiliśmy zjeżdżać trasami do ściągania drzewa i to był strzał w dziesiątkę. Fajna zabawa, strome zjazdy i brak monotonnego zjazdu praktycznie asfaltową drogą.

Poprawki przed zjazdem© autochton
W drodze z Twardorzeczki do Radziechów, zahaczyliśmy tradycyjnie o Kopę. Tam przez chwil kilka chłopaki poskakały sobie na trasie wyjeżdżonej przez motocyklistów. Ja tym razem swoich sił nie próbowałem, stałem spokojnie z boku i obserwowałem całe zajście.

Tomek na Kopie© autochton

Epickie zdjęcie© autochton

Zabawy na Kopie c.d.© autochton

Maciej syn Kazimierza na tle Matyski© autochton
Powrót był spokojnym, chociaż w trakcie zjazdu ze Skrzycznego złapałem kapcia, szybka wymiana dętki i jazda dalej. W domu myjka oczywiście poszła w ruch i rowery odzyskały blask swój. Następnym razem w planie jest zdobycie Rysianki. Sezon zaczyna się dobrze! :)
Wykres roczny
