Informacje
Autochton z miasta Kraków
5727.71 km wszystkie kilometry
629.91 km (11.00%) w terenie
14d 07h 01m czas na rowerze
16.14 km/h avg
629.91 km (11.00%) w terenie
14d 07h 01m czas na rowerze
16.14 km/h avg
Szukaj
Znajomi
Moje rowery
Archiwum
- 2013, Listopad.4.7
- 2013, Kwiecień.2.3
- 2012, Listopad.2.1
- 2012, Lipiec.3.7
- 2012, Czerwiec.5.7
- 2012, Maj.8.26
- 2012, Kwiecień.13.55
- 2012, Marzec.5.8
- 2011, Październik.2.11
- 2011, Lipiec.5.30
- 2011, Czerwiec.7.33
- 2011, Maj.1.7
- 2011, Kwiecień.8.41
- 2011, Marzec.1.7
- 2011, Styczeń.1.1
- 2010, Październik.3.9
- 2010, Wrzesień.3.10
- 2010, Sierpień.1.6
- 2010, Lipiec.7.27
- 2010, Czerwiec.4.22
- 2010, Maj.11.65
- 2010, Kwiecień.3.16
- 2010, Marzec.6.39
- 2010, Luty.5.25
- 2010, Styczeń.1.1
- 2009, Wrzesień.5.7
- 2009, Sierpień.20.7
- 2009, Lipiec.17.7
- 2009, Czerwiec.9.0
- 2009, Maj.6.0
- 2009, Marzec.1.0
Wpisy archiwalne w kategorii
Macedonia
Dystans całkowity: | 81.84 km (w terenie 40.00 km; 48.88%) |
Czas w ruchu: | 09:38 |
Średnia prędkość: | 8.50 km/h |
Maksymalna prędkość: | 60.00 km/h |
Suma podjazdów: | 2575 m |
Liczba aktywności: | 4 |
Średnio na aktywność: | 20.46 km i 2h 24m |
Więcej statystyk |
Okolice Pehczewa
W ramach dalszych uzupełnień przedstawiam krótką fotorelacje w wyjazdu w okolice miasteczka Pehczewo w Macedonii, mającego miejsce w lipcu 2011 roku. Wybraliśmy się tam ze Skopje głównie po to żeby skosztować pstrągów z lokalnej hodowli. Rybnik tenże znajduje się w malowniczej dolinie wyżłobionej przez górski potok. Klimat tutaj rzec by można przypomina rodzime Beskidy. Kontrastuje swoim chłodem i ogromem zieleni z rozgrzanym do 40 stopni Skopje. Drugi powód naszej wizyty tutaj była przejażdżka rowerowa.
Mieliśmy trochę mało czasu ponieważ droga ze Skopje była dość długa i czekał nas powrót tego samego dnia. Pojechaliśmy droga wzdłuż rzeki i tak pięliśmy się w górę, po obu stronach mając początkowo dość strome zbocza gór.
Aura na jazdę była idealna. Po drodze nad rzeką zbudowane są ścieżki dydaktyczne nad malowniczymi wodospadami. Nie zastanawiając się dłużej rzuciliśmy rowery w krzaki i zeszliśmy na dół drewnianymi schodami prowadzącymi nad rzekę.
Cała trasa to nieustający uphill, ale bardzo przyjemny. Chciałoby się tak jechać i jechać bez końca. Poniżej nieco spocony Tomek.
W pewnym momencie trafiliśmy na pozostałości ogrodzenia i szlaban, a w tle puste zabudowania. Wyglądało nam to nam pozostałość po jakichś koszarach, wszak rzut beretem dalej znajduje się granica z Bułgarią.
Mijając bramę nie natrafiliśmy na żołnierzy, ale przywitało nas stado swobodnie biegających krów.
Kawałek wyżej rozbiliśmy obóz wypoczynkowy i stąd postanowiliśmy wrócić, z lekkim niedosytem eksploracyjnym. Widoki ładne, gór wokół pełno, a czas wracać do betonu.
Powrót na dół był dość szybki, jechałem jednak ostrożnie, zwłaszcza po tym jak zaliczyłem czołowe zderzenie z drzewem :) Z niewiadomego powodu zaczęło mnie wyprzedzać tylne koło i zanim się zorientowałem przednie skierowało mnie w kierunku pobliskiego drzewa. Mostek zaorał pień ja jakimś dziwnym sposobem przeleciałem przez kierownicę padłem na plecy, wgniatając pokrywkę obiektywu tak mocno, że mieliśmy problem ją ściągnąć. Aparat jednak przeżył, ja również, choć odrobinkę obity.
Mieliśmy trochę mało czasu ponieważ droga ze Skopje była dość długa i czekał nas powrót tego samego dnia. Pojechaliśmy droga wzdłuż rzeki i tak pięliśmy się w górę, po obu stronach mając początkowo dość strome zbocza gór.
W drodze ku bułgarskiej granicy© autochton
Aura na jazdę była idealna. Po drodze nad rzeką zbudowane są ścieżki dydaktyczne nad malowniczymi wodospadami. Nie zastanawiając się dłużej rzuciliśmy rowery w krzaki i zeszliśmy na dół drewnianymi schodami prowadzącymi nad rzekę.
Ścieżka dydaktyczna© autochton
Jeden z wodospadów© autochton
Cała trasa to nieustający uphill, ale bardzo przyjemny. Chciałoby się tak jechać i jechać bez końca. Poniżej nieco spocony Tomek.
Wciąż pod górkę© autochton
W pewnym momencie trafiliśmy na pozostałości ogrodzenia i szlaban, a w tle puste zabudowania. Wyglądało nam to nam pozostałość po jakichś koszarach, wszak rzut beretem dalej znajduje się granica z Bułgarią.
Opuszczone zabudowania© autochton
Mijając bramę nie natrafiliśmy na żołnierzy, ale przywitało nas stado swobodnie biegających krów.
Hala i krowy© autochton
Kawałek wyżej rozbiliśmy obóz wypoczynkowy i stąd postanowiliśmy wrócić, z lekkim niedosytem eksploracyjnym. Widoki ładne, gór wokół pełno, a czas wracać do betonu.
Hala i krowy© autochton
Widok na halę© autochton
Rowery na popasie© autochton
Teraz tylko z górki© autochton
Powrót na dół był dość szybki, jechałem jednak ostrożnie, zwłaszcza po tym jak zaliczyłem czołowe zderzenie z drzewem :) Z niewiadomego powodu zaczęło mnie wyprzedzać tylne koło i zanim się zorientowałem przednie skierowało mnie w kierunku pobliskiego drzewa. Mostek zaorał pień ja jakimś dziwnym sposobem przeleciałem przez kierownicę padłem na plecy, wgniatając pokrywkę obiektywu tak mocno, że mieliśmy problem ją ściągnąć. Aparat jednak przeżył, ja również, choć odrobinkę obity.
Skopje wycieczka po mieście
Witam. Jest 19.03.2012 r. Od dłuższego czasu tutaj nie zaglądałem, czas powoli wrócić do życia sieciowego i rowerowego :) Jeździć owszem jeździłem, ale były to niewarte wspominania wycieczki po bułki do sklepu. Aktualnie pogoda i ruch rowerowy na drogach podpowiadają, że czas najwyższy zabrać się za konkretniejsze przejażdżki. Jest jednak mała przeszkoda, mój rower jakiś czas temu odmówił posłuszeństwa i zażądał nowych części. Tak się złożyło przy okazji, że natrafił się dawca organów w postaci Gianta Reigna 2, będącego własnością znanego i lubianego przez bikestatowiczów Macieja syna Kazimierza herbu Złamana Szprycha (jak zgrabnie ujął to niegdyś w komentarzach maciek320bike). Co więcej najatrakcyjniejszym ze wspomnianych organów okazała się rama. Szanowny kolega zainwestował w sprzęt nieco agresywniejszy, pozwalający mu na dużo szybsze pokonywanie górskich traktów w dół, pod górę trochę bardziej się napoci. Co się dało przełożyłem z poczciwego Felta i zamówiłem kilka części. Ostatnia rzecz, którą muszę zamontować to pancerze do linek. Stare zostają przy felcie gdyż składam go dla mojej dziewczyny Anety. Jeśli macie trochę zbędnych darmowych części chętnie przyjmę i odbiorę osobiście na trasie Kraków – Żywiec. Tak czy siak Giant jeszcze dziś lub jutro będzie sprawny.
Tymczasem wrzucam baaardzo zaległą relację z wakacyjnej przejażdżki po Skopje. Będzie dużo zdjęć i śladowa ilość danych historycznych.
Nasza rowerowa wizyta w stolicy Macedonii była możliwa po pierwsze dzięki mojej dziewczynei Anecie, która stamtąd pochodzi, pod drugie dzięki determinacji mojego brata Tomka, który stwierdził, że wsiadamy w auto, pakujemy rowery na dach i jedziemy przez Bałkany, do organizacji wycieczek to on się nadaje. Pojechała z nami jeszcze koleżanka Joanna i tak jakoś w trójkę udało nam się doturlać w małej Lanci Ypsilon (Aneta dotarła samolotem wcześniej).
Na miejscu zawitaliśmy do mieszkania kolegi Anety, które udostępnił nam na całe dwa tygodnie naszego pobytu. Mieściło się ono w samym centrum miasta, nieopodal parlamentu i na ostatnim piętrze budynku, właściwie to na samym dachu. Mieliśmy więc do dyspozycji wielki „taras” z widokiem na okolicę.
Skopje leży w kotlinie, wokół wszędzie okazałe góry.
Zaraz pod klatką mieliśmy do dyspozycji targowisko ze świeżymi owocami i warzywami, a przede wszystkim arbuzami i melonami, które stały się hitem całej wycieczki. Jako że nie chcę za bardzo się rozpisywać polecam wszystkim program kulinarny Roberta Makłowicza dotyczący Macedonii. Podróż rozpoczyna się właśnie w Skopje w bezpośrednim sąsiedztwie naszej bazy wypadowej. Jedną w głównych atrakcji, na które warto postawić w Macedonii to właśnie kuchnia i mówię to poważanie.
Do pozycji obowiązkowych zaliczam następujące potrawy: turlitawa (pieczone trzy rodzaje mięsa z dużą ilością warzyw), grawcze tawcze (po naszemu fasolka po bretońsku, ale pieczona), wszelkiego rodzaju grillowane mięsa, kebabczinia (kiełbaski z mielonego mięsa), musaka (zapiekanka z ziemniakami i mięsem mielonym), zelnik (drożdżowe ciasto z porami), burek (placek ze specyficznie wyrabianego ciasta). Z racji różnorodności potraw odsyłam do wyżej wspomnianego programu pana Makłowicza:
http://www.tvp.pl/styl-zycia/kuchnia/maklowicz-w-podrozy/wideo/podroz-20-macedonia-w-stolicy-71/2967813?start_rec=24
Warto zobaczyć! :)
Zwiedzanie rozpoczęliśmy do Muzeum Miasta Skopje i tutaj zaczyna się kawałek historii. Instytucja znajduje się w dawnym budynku stacji kolejowej, który podobnie jak większość miasta został zniszczony w trakcie trzęsienia ziemi w 1963. Skopje legło w gruzach grzebiąc ponad tysiąc osób i pozbawiając dachu nad głową od 100 do 200 tysięcy mieszkańców.
Na pamiątkę tego wydarzenia budynek dworca nie został odbudowany. Na pierwszym zdjęciu widać szarą ścianę, na której jeszcze niedawno były wypisane pokrzepiające słowa Tito mówiące, że Skopje zostanie odbudowane. Tak też się stało dzięki innym republikom jugosłowiańskim i pomocy międzynarodowej.
Słowa Tito jeszcze nie dawno można było przeczytać, niestety obecny rząd uznał, że są zbyt związane z komunistyczną przeszłością i jako aspirujący do członkostwa w UE powinni usuwać takie elementy z przestrzeni publicznej. Moim zdaniem w tej sytuacji i w kontekście krajów byłej Jugosławii jest to nie do końca uzasadnione.
Trzeba pamiętać, że „komunizm” w Polsce i „komunizm” w Jugosławii jawił się zupełnie inaczej. Był to kraj otwarty, poziom życia był dużo wyższy niż w krajach z obozu radzieckiego, polityka Jugosławii skutecznie balansowała pomiędzy blokiem wschodnim i zachodnim. Po śmierci Tito w latach osiemdziesiątych walka polityczna i ogólno europejskie ruchy geopolityczne doprowadziły w końcu do tragicznej w skutkach wojny na Bałkanach. Macedonia szczęśliwie uniknęła udziału w wojnie.
Na zegarze dworca widnieje godzina, w której rozpoczęło się trzęsienie ziemi.
W budynku muzeum znajduje się kącik poświęcony towarzyszowi Tito właśnie. Z rozmów z Macedończykami można zauważyć, że wspomniany towarzysz i jego polityka wciąż znajduje uznanie i jest mile wspominana. Nie porównywałbym jednak tego uczucia do polskich sentymentów w stosunku do Edwarda Gierka :) Oto wzruszająca piosenka małej północno koreańskiej dziewczynki przygotowana na powitanie towarzysza Tito w tymże właśnie kraju:
Jak wspomniałem po trzęsieniu ziemi zabrano się za dobudowę miasta. Architekci z całego świata ruszyli z pomocą i zaczęli kreślić plany nowego Skopje. Jednym z głównych architektów, którego projekty zostały zrealizowane był Japończyk Kenzo Tange, twórca między innymi nowego dworca kolejowego i szeregu osiedli mieszkaniowych.
Architektura z tego okresu charakteryzuje się wysokim poziomem, budynki te jednak nie znajdują uznania w oczach władz macedońskich, w dużej mierze zaniedbane stopniowo niszczeją. Znajdziemy tu wiele przykładów architektury brutalizmu, na którą ostatnio zaczyna się polować w Polsce. Ofiarą tych polowań jest dla przykładu dworzec w Katowicach. Ludzie po prostu nie są w stanie wyobrazić sobie, że budynki te po odnowieniu mogą stać się wizytówką każdego miasta. O dziwo polska architektura z tego okresu doceniana jest za granicą, np. Dworzec Główny w Warszawie. Architektura brutalizmu kojarzona jest u nas tylko z komunizmem, pamiętać jednak należy że nurt ten rozwijał się na całym świecie.
Znajdziemy tu również polski akcent w postaci Muzeum Sztuki Współczesnej, którego budowę zaproponował Adolf Cyborowski, po przeprowadzeniu konkursu architektonicznego w Polsce zwyciężył projekt architektów Jerzego Mokrzyńskiego, Eugeniusza Wierzbickiego i Wacława Kliszewskiego.
Oczywiście historia architektury to nie tylko lata siedemdziesiąte, to również czasy współczesne.
Niepokojący jest jednak proceder, który określić można procesem antykizacji, czyli nadawania nowym budowlom form typowych dla dawnych epok. W centrum miasta powstają zatem pseudo antyczne budowle. Jest to prawdopodobnie element polityki władz państwowych, dążących do podkreślenia, że historia narodu macedońskiego jest nieodłącznie związana z tym miejsce. Ofiarą tego procesu padają również budynki z lat siedemdziesiątych, którym dobudowuje się kolumienki i czyni z nich „późne rorkokoko”.
Jest to element walki symbolicznej toczonej głównie z Grecją, która na arenie międzynarodowej nie uznaje nazwy Republika Macedonii (woli używać bardziej zgrabnej nazwy Była Jugosłowiańska Republika Macedonii – w skrócie FYROM). W ten sposób podkopują domniemane słowiańskie korzenie Aleksandra Macedońskiego, dlatego też Macedończycy postanowili na złość swoim sąsiadom postawić w centrum miasta ogromny jego pomnik.
Budowla jest co prawda trochę nieproporcjonalna do placu, na którym została wzniesiona i delikatnie mówiąc trochę kiczowata, stanowi jednak dumę lokalnych włodarzy :)
Żeby sławić dobre imię Macedonii, wypadałoby też postawić w stolicy łuk triumfalny na wypadek jakiegoś triumfu, który zawsze może się przytrafić. Wiadomo, że lepiej nosić niż się prosić.
Trochę sobie kpię w tym momencie, ale uwierzcie mi, że mieszkańcy Skopje nie zostawiają suchej nitki na pomysłach władz. Swego czasu wybuchła wielka afera dotycząca inwestycji w stolicy, dotycząca swoistej „pomnikomanii” kosztującej kupę kasy wydanej głównie za granicą. Skopje stało się miastem tysiąca pomników, są wszędzie, człowiek otwiera lodówkę, a tam pomnik. Na placu centralnym miasta nad rzeką Vardar, człowiek zapatrzony w wyżej wspomnianego Aleksandra, potyka się o nieco mniejszych towarzyszy, królów, powstańców, kochanków i kto wie kogo jeszcze. Mówię to poważnie, nagromadzenie pomników i rzeźb w tym miejscu i ich różnorodność pod względem formy jest powalająca.
Poniższy przykład jest chyba najmilszy dla oka.
Uwiecznienia w meatlu doczekały się nawet galerianki :)
Poniżej widok na główny plac z kamiennego mostu, jednej z najciekawszych atrakcji turystycznych miasta.
W tym momencie przekraczamy rzekę Vardar i udajemy się do zabytkowej części miasta zwanej Турска Чаршија (Turska Czarszija – nie zawracam sobie głowy teraz poprawną transkrypcją na polski). Po tej stronie rzeki znajduje się jedna ze starszych cerkwi w Skopje (pod wezwaniem św. Dimitria) pochodzi z XVIII wieku.
Na wzgórzu znajduje się twierdza Kale pochodząca z czasów władzy tureckiej, podobnie jak wcześniej wspomniany kamienny most postawiony przez sułtana Mehmada II zwanego Zdobywcą. W miejscu tym pierwsze zabudowania forteczne wzniesione były już w VI wieku, obecna budowla została odbudowana w XIV wieku po przybyciu Turków na te tereny. Zabawili tutaj na dłużej…
Charakterystyczne dla tej części miasta są wąskie zabytkowe uliczki, stragany handlowe kuszące przechodzących turystów i mieszkańców. Przy poniższym placu za murem po lewej stronie znajduje się cerkiew postawiona za czasów tureckich. Szesnastowieczne prawo pozwalało na budowę świątyń nie będących muzułmańskimi, jednakże obiekty te nie mogły być wyższe od minaretów. Z tego powodu wejście do niej znajduje się poniżej poziomu terenu. Znajduje się tam okazały, misternie zdobiony drewniany ołtarz.
Znajdziemy tu nieco street artu jeśli ktoś się uważnie rozglądać będzie.
Z całą pewnością bez problemu znajdziemy warsztaty dorabiające klucze. Brat mój nie mógł się nadziwić ilości tychże.
W Skopje znajduje się największa na Bałkanach dzielnica cygańska o nazwie Szutka. Romowie oczywiście mieszkają w różnych częściach miasta, spacerując po mieście można natrafić niespodziewanie również na miejsca takie jak poniższe. Bo czymże byłby cygan beż konia? :)
Stolica Macedonii jest miejscem dość przyjaznym dla rowerzystów, znajdziemy tutaj dużo ścieżek rowerowych. Poruszanie się po mieście rowerem nie jest trudne i stosunkowo bezpieczne, co prawda kierowcy samochodów są nieco mniej przewidywalni niż w Polsce dlatego na drodze trzeba nieco uważać.
Co więcej jeśli macie ochotę na chłodne piwko gdzieś na skwerku, w cieniu parku lub spacerując wokół wielkiego Aleksandra, nie ma z tym problemu, picie alkoholu w miejscach publicznych jest dozwolone :)
Tymczasem wrzucam baaardzo zaległą relację z wakacyjnej przejażdżki po Skopje. Będzie dużo zdjęć i śladowa ilość danych historycznych.
Nasza rowerowa wizyta w stolicy Macedonii była możliwa po pierwsze dzięki mojej dziewczynei Anecie, która stamtąd pochodzi, pod drugie dzięki determinacji mojego brata Tomka, który stwierdził, że wsiadamy w auto, pakujemy rowery na dach i jedziemy przez Bałkany, do organizacji wycieczek to on się nadaje. Pojechała z nami jeszcze koleżanka Joanna i tak jakoś w trójkę udało nam się doturlać w małej Lanci Ypsilon (Aneta dotarła samolotem wcześniej).
Na miejscu zawitaliśmy do mieszkania kolegi Anety, które udostępnił nam na całe dwa tygodnie naszego pobytu. Mieściło się ono w samym centrum miasta, nieopodal parlamentu i na ostatnim piętrze budynku, właściwie to na samym dachu. Mieliśmy więc do dyspozycji wielki „taras” z widokiem na okolicę.
Widok z dachu© autochton
Skopje leży w kotlinie, wokół wszędzie okazałe góry.
Targowisko© autochton
Zaraz pod klatką mieliśmy do dyspozycji targowisko ze świeżymi owocami i warzywami, a przede wszystkim arbuzami i melonami, które stały się hitem całej wycieczki. Jako że nie chcę za bardzo się rozpisywać polecam wszystkim program kulinarny Roberta Makłowicza dotyczący Macedonii. Podróż rozpoczyna się właśnie w Skopje w bezpośrednim sąsiedztwie naszej bazy wypadowej. Jedną w głównych atrakcji, na które warto postawić w Macedonii to właśnie kuchnia i mówię to poważanie.
Do pozycji obowiązkowych zaliczam następujące potrawy: turlitawa (pieczone trzy rodzaje mięsa z dużą ilością warzyw), grawcze tawcze (po naszemu fasolka po bretońsku, ale pieczona), wszelkiego rodzaju grillowane mięsa, kebabczinia (kiełbaski z mielonego mięsa), musaka (zapiekanka z ziemniakami i mięsem mielonym), zelnik (drożdżowe ciasto z porami), burek (placek ze specyficznie wyrabianego ciasta). Z racji różnorodności potraw odsyłam do wyżej wspomnianego programu pana Makłowicza:
http://www.tvp.pl/styl-zycia/kuchnia/maklowicz-w-podrozy/wideo/podroz-20-macedonia-w-stolicy-71/2967813?start_rec=24
Warto zobaczyć! :)
Widok na okolicę© autochton
Zwiedzanie rozpoczęliśmy do Muzeum Miasta Skopje i tutaj zaczyna się kawałek historii. Instytucja znajduje się w dawnym budynku stacji kolejowej, który podobnie jak większość miasta został zniszczony w trakcie trzęsienia ziemi w 1963. Skopje legło w gruzach grzebiąc ponad tysiąc osób i pozbawiając dachu nad głową od 100 do 200 tysięcy mieszkańców.
Na pamiątkę tego wydarzenia budynek dworca nie został odbudowany. Na pierwszym zdjęciu widać szarą ścianę, na której jeszcze niedawno były wypisane pokrzepiające słowa Tito mówiące, że Skopje zostanie odbudowane. Tak też się stało dzięki innym republikom jugosłowiańskim i pomocy międzynarodowej.
Słowa Tito jeszcze nie dawno można było przeczytać, niestety obecny rząd uznał, że są zbyt związane z komunistyczną przeszłością i jako aspirujący do członkostwa w UE powinni usuwać takie elementy z przestrzeni publicznej. Moim zdaniem w tej sytuacji i w kontekście krajów byłej Jugosławii jest to nie do końca uzasadnione.
Trzeba pamiętać, że „komunizm” w Polsce i „komunizm” w Jugosławii jawił się zupełnie inaczej. Był to kraj otwarty, poziom życia był dużo wyższy niż w krajach z obozu radzieckiego, polityka Jugosławii skutecznie balansowała pomiędzy blokiem wschodnim i zachodnim. Po śmierci Tito w latach osiemdziesiątych walka polityczna i ogólno europejskie ruchy geopolityczne doprowadziły w końcu do tragicznej w skutkach wojny na Bałkanach. Macedonia szczęśliwie uniknęła udziału w wojnie.
Muzeum miejskie© autochton
Na zegarze dworca widnieje godzina, w której rozpoczęło się trzęsienie ziemi.
Ruiny dworca© autochton
Muzeum© autochton
W budynku muzeum znajduje się kącik poświęcony towarzyszowi Tito właśnie. Z rozmów z Macedończykami można zauważyć, że wspomniany towarzysz i jego polityka wciąż znajduje uznanie i jest mile wspominana. Nie porównywałbym jednak tego uczucia do polskich sentymentów w stosunku do Edwarda Gierka :) Oto wzruszająca piosenka małej północno koreańskiej dziewczynki przygotowana na powitanie towarzysza Tito w tymże właśnie kraju:
Kącik poświęcony towarzyszowi Tito© autochton
Jak wspomniałem po trzęsieniu ziemi zabrano się za dobudowę miasta. Architekci z całego świata ruszyli z pomocą i zaczęli kreślić plany nowego Skopje. Jednym z głównych architektów, którego projekty zostały zrealizowane był Japończyk Kenzo Tange, twórca między innymi nowego dworca kolejowego i szeregu osiedli mieszkaniowych.
Architektura z tego okresu charakteryzuje się wysokim poziomem, budynki te jednak nie znajdują uznania w oczach władz macedońskich, w dużej mierze zaniedbane stopniowo niszczeją. Znajdziemy tu wiele przykładów architektury brutalizmu, na którą ostatnio zaczyna się polować w Polsce. Ofiarą tych polowań jest dla przykładu dworzec w Katowicach. Ludzie po prostu nie są w stanie wyobrazić sobie, że budynki te po odnowieniu mogą stać się wizytówką każdego miasta. O dziwo polska architektura z tego okresu doceniana jest za granicą, np. Dworzec Główny w Warszawie. Architektura brutalizmu kojarzona jest u nas tylko z komunizmem, pamiętać jednak należy że nurt ten rozwijał się na całym świecie.
Budynki mieszkalne Kenzo Tange© autochton
Architekt Tomcze w swoim żywiole© autochton
Znajdziemy tu również polski akcent w postaci Muzeum Sztuki Współczesnej, którego budowę zaproponował Adolf Cyborowski, po przeprowadzeniu konkursu architektonicznego w Polsce zwyciężył projekt architektów Jerzego Mokrzyńskiego, Eugeniusza Wierzbickiego i Wacława Kliszewskiego.
Muzeum Sztuki Współczesnej (to na szczycie)© autochton
Muzeum Sztuki Współczesnej© autochton
Wnętrze muzeum© autochton
Macedońska Opera i Balet© autochton
Brutal macednośki© autochton
Oczywiście historia architektury to nie tylko lata siedemdziesiąte, to również czasy współczesne.
Architektura współczesna© autochton
Stadion - Vardar Skopje© autochton
Niepokojący jest jednak proceder, który określić można procesem antykizacji, czyli nadawania nowym budowlom form typowych dla dawnych epok. W centrum miasta powstają zatem pseudo antyczne budowle. Jest to prawdopodobnie element polityki władz państwowych, dążących do podkreślenia, że historia narodu macedońskiego jest nieodłącznie związana z tym miejsce. Ofiarą tego procesu padają również budynki z lat siedemdziesiątych, którym dobudowuje się kolumienki i czyni z nich „późne rorkokoko”.
Jest to element walki symbolicznej toczonej głównie z Grecją, która na arenie międzynarodowej nie uznaje nazwy Republika Macedonii (woli używać bardziej zgrabnej nazwy Była Jugosłowiańska Republika Macedonii – w skrócie FYROM). W ten sposób podkopują domniemane słowiańskie korzenie Aleksandra Macedońskiego, dlatego też Macedończycy postanowili na złość swoim sąsiadom postawić w centrum miasta ogromny jego pomnik.
Aleksander Macedoński© autochton
Budowla jest co prawda trochę nieproporcjonalna do placu, na którym została wzniesiona i delikatnie mówiąc trochę kiczowata, stanowi jednak dumę lokalnych włodarzy :)
Żeby sławić dobre imię Macedonii, wypadałoby też postawić w stolicy łuk triumfalny na wypadek jakiegoś triumfu, który zawsze może się przytrafić. Wiadomo, że lepiej nosić niż się prosić.
Łuk triumfalny© autochton
Trochę sobie kpię w tym momencie, ale uwierzcie mi, że mieszkańcy Skopje nie zostawiają suchej nitki na pomysłach władz. Swego czasu wybuchła wielka afera dotycząca inwestycji w stolicy, dotycząca swoistej „pomnikomanii” kosztującej kupę kasy wydanej głównie za granicą. Skopje stało się miastem tysiąca pomników, są wszędzie, człowiek otwiera lodówkę, a tam pomnik. Na placu centralnym miasta nad rzeką Vardar, człowiek zapatrzony w wyżej wspomnianego Aleksandra, potyka się o nieco mniejszych towarzyszy, królów, powstańców, kochanków i kto wie kogo jeszcze. Mówię to poważnie, nagromadzenie pomników i rzeźb w tym miejscu i ich różnorodność pod względem formy jest powalająca.
Skopje - plac budowy© autochton
Pomnikomania© autochton
Poniższy przykład jest chyba najmilszy dla oka.
Zapraszamy do kąpieli© autochton
Zapraszamy do kąpieli part. 2© autochton
Uwiecznienia w meatlu doczekały się nawet galerianki :)
Galerianki© autochton
Poniżej widok na główny plac z kamiennego mostu, jednej z najciekawszych atrakcji turystycznych miasta.
Plac w centrum Skopje, w tle góra Vodno© autochton
W tym momencie przekraczamy rzekę Vardar i udajemy się do zabytkowej części miasta zwanej Турска Чаршија (Turska Czarszija – nie zawracam sobie głowy teraz poprawną transkrypcją na polski). Po tej stronie rzeki znajduje się jedna ze starszych cerkwi w Skopje (pod wezwaniem św. Dimitria) pochodzi z XVIII wieku.
Wnętrze cerkwi© autochton
Na wzgórzu znajduje się twierdza Kale pochodząca z czasów władzy tureckiej, podobnie jak wcześniej wspomniany kamienny most postawiony przez sułtana Mehmada II zwanego Zdobywcą. W miejscu tym pierwsze zabudowania forteczne wzniesione były już w VI wieku, obecna budowla została odbudowana w XIV wieku po przybyciu Turków na te tereny. Zabawili tutaj na dłużej…
W drodze do tureckiej części miasta© autochton
Meczet© autochton
Charakterystyczne dla tej części miasta są wąskie zabytkowe uliczki, stragany handlowe kuszące przechodzących turystów i mieszkańców. Przy poniższym placu za murem po lewej stronie znajduje się cerkiew postawiona za czasów tureckich. Szesnastowieczne prawo pozwalało na budowę świątyń nie będących muzułmańskimi, jednakże obiekty te nie mogły być wyższe od minaretów. Z tego powodu wejście do niej znajduje się poniżej poziomu terenu. Znajduje się tam okazały, misternie zdobiony drewniany ołtarz.
Spacerem po starówce© autochton
Wąskie uliczki i mini kamienice© autochton
Wszędobylskie stragany© autochton
Znajdziemy tu nieco street artu jeśli ktoś się uważnie rozglądać będzie.
Odrobina street artu© autochton
Z całą pewnością bez problemu znajdziemy warsztaty dorabiające klucze. Brat mój nie mógł się nadziwić ilości tychże.
Dorób sobie kluczyk© autochton
W Skopje znajduje się największa na Bałkanach dzielnica cygańska o nazwie Szutka. Romowie oczywiście mieszkają w różnych częściach miasta, spacerując po mieście można natrafić niespodziewanie również na miejsca takie jak poniższe. Bo czymże byłby cygan beż konia? :)
Cygańskie konie© autochton
Stolica Macedonii jest miejscem dość przyjaznym dla rowerzystów, znajdziemy tutaj dużo ścieżek rowerowych. Poruszanie się po mieście rowerem nie jest trudne i stosunkowo bezpieczne, co prawda kierowcy samochodów są nieco mniej przewidywalni niż w Polsce dlatego na drodze trzeba nieco uważać.
Co więcej jeśli macie ochotę na chłodne piwko gdzieś na skwerku, w cieniu parku lub spacerując wokół wielkiego Aleksandra, nie ma z tym problemu, picie alkoholu w miejscach publicznych jest dozwolone :)
Macedonia - Vodno i inne atrakcje
Całe sprawozdanie z wyjazdu do Macedonii robię troszkę od tyłu. Przedstawiam wycieczki, a nie prezentuje tła całego przedsięwzięcia, a mianowicie tematu Skopje i samej Macedonii. Na to zapewniam przyjdzie czas, aby nie poplątać się w zeznaniach prezentuje po kolei wydarzenia i zebrane zdjecia w sposób chronologiczny :) W następnym odcinku opiszę nieco stolicę Macedonii i oczywiście postaram się zachęcić do odwiedzin tegoż urokliwego miejsca.
W trzy dni po naszej wycieczce w pełnym słońu postanowiliśmy wyruszyć znowu w kierunku góry Vodno. Zaplanowaliśmy wyjazd na szczyt, a potem przejazd granią w kierunku Jeziora Matka. Naszym głównym problem podczas pobytu w Macedonii był brak map. U nas dostać mapy turystyczne ze szlakami i trasami rowerowymi nie jest trudno, w Macedonii nie sposób takie dostać, no chyba, że jakieś stare z lat 80tych. W kwestii dostępności map byliśmy raczej dobrze poinformowani gdyż ojciec Anety jako pracownik ministestwa leśnictwa dostęp do wszelakich materiałów tego typu posiadał. Niestety w Macedonii wciąż nie wydaje się map turystycznych i jest to w naszym odczuciu pewna przeszkoda w eksploracji tegoż kraju.
Pałaliśmy chęcią wybrania się rowerami w dalsze tereny niźli okolice Skopje, mianowice na pasmo Skopskiej Czarnej Góry. Po krótkich konsultacjach z wyżej wymienionym pracownikiem ministerstwa zostało nam to skutecznie odradzone. Problem polega na tym, że w nie tak dawnym konflikcie pomiędzy Macedończykami a Albańczykami z Kosova, teren, w który chcieliśmy się wybrać był areną walka i wciąż możliwe jest natrafienie w górach na niebezpieczne materiały. Ponadto w terenach tych, jak donosi policja leśna, kręci się sporo ludzi, trudniących się nielegalnym wyrębem drewna, i mogą być niebezpieczni. Po prostu dostaliśmy kategoryczny zakaz wypadu w ten rejon.
Nic to ruszyliśmy ponownie na Vodno, po drodze napotkaliśmy zamkniętego w sobie kolegę.
Tym razem postanowiliśmy nie pchać się asfaltami lecz wybraliśmy boczne ścieżki. Więcej było pchania niż jazdy, ale za to w cieniu :) Słońce jednak tego dnia nam nie przeszkadzało gdyż w pewnym momencie zaczął nam towarzyszyć lekki deszcz i tak było do końca wycieczki.
Dla opornych możliwym jest dostanie się na Vodno wyciągiem w wygodnych wagonikach. W trakcie weekendów korzytsa z tej możliwości spora liczba osób. Ponadto natrafić można na fanów downhillu, z którymi to pewnego dnia zapoznał się mój brat, miał z nimi okazję pojeździć i wymienić się kilkoma uwagami na temat rowerowej sytuacji w Polsce i Macedonii.
Po kilku chwilach wypoczynku pożegnaliśmy się z górą Vodno i pojechaliśmy dalej na zachód w nadzeji na dotarcie do Jeziora Matka.
Jazda była bardzo przyjemna, przez większość trasy poruszaliśmy się granią, poza kilkoma momentami gdzie pogubiliśmy drogę. Patrząc wokół można dojść do wniosku, że po dostaniu się na szczyt jakiejś góry dalsza jazda szczytami to już przyjemność. Problem tkwi w dostaniu się na ten szczyt bo góry są dość strome :)
Tak też powoli w drobnym deszczu jechaliśmy i oglądaliśmy widoczki. Pogoda była idealna.
W pewnym momencie trafiliśmy na stare bunkry, które obecnie służą jako obora dla bydła, tak wnioskowaliśmy po sporej ilości krowiego łajna w środku i stadzie krów, które kawałek dalej napotkaliśmy.
Nad samo Jezioro Matka nie dotarliśmy, a jedynie w okolice i to dość dalekie, a raczej wysokie. Jak okazało się pare dni później kiedy to miejsce wizytowaliśmy samochodem, rowerem z tej trasy trudno by było się dostać nad jezioro. Generalnie znajduje się ono pomiędzy pionowymi ścinami gór :)
Po paru chwilach odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną odbijając oczywiście na ścieżki biegnące po zboczu. Jak zwykle były ich setki i postanowiliśmy, że za każdym razem będziemy wybierać "tą po prawej stronie", żeby się nie pogubić w razie draki jak to miało miejsce pierwszego dnia jazdy na Vodno. Tomek pojechał szybciej, ja wolniej zupełnie inną trasą, ale jakoś psotkaliśmy się na dole.
Pogoda udana, a razem z nią wypad.
W trzy dni po naszej wycieczce w pełnym słońu postanowiliśmy wyruszyć znowu w kierunku góry Vodno. Zaplanowaliśmy wyjazd na szczyt, a potem przejazd granią w kierunku Jeziora Matka. Naszym głównym problem podczas pobytu w Macedonii był brak map. U nas dostać mapy turystyczne ze szlakami i trasami rowerowymi nie jest trudno, w Macedonii nie sposób takie dostać, no chyba, że jakieś stare z lat 80tych. W kwestii dostępności map byliśmy raczej dobrze poinformowani gdyż ojciec Anety jako pracownik ministestwa leśnictwa dostęp do wszelakich materiałów tego typu posiadał. Niestety w Macedonii wciąż nie wydaje się map turystycznych i jest to w naszym odczuciu pewna przeszkoda w eksploracji tegoż kraju.
Pałaliśmy chęcią wybrania się rowerami w dalsze tereny niźli okolice Skopje, mianowice na pasmo Skopskiej Czarnej Góry. Po krótkich konsultacjach z wyżej wymienionym pracownikiem ministerstwa zostało nam to skutecznie odradzone. Problem polega na tym, że w nie tak dawnym konflikcie pomiędzy Macedończykami a Albańczykami z Kosova, teren, w który chcieliśmy się wybrać był areną walka i wciąż możliwe jest natrafienie w górach na niebezpieczne materiały. Ponadto w terenach tych, jak donosi policja leśna, kręci się sporo ludzi, trudniących się nielegalnym wyrębem drewna, i mogą być niebezpieczni. Po prostu dostaliśmy kategoryczny zakaz wypadu w ten rejon.
Nic to ruszyliśmy ponownie na Vodno, po drodze napotkaliśmy zamkniętego w sobie kolegę.
Kolega© autochton
Tym razem postanowiliśmy nie pchać się asfaltami lecz wybraliśmy boczne ścieżki. Więcej było pchania niż jazdy, ale za to w cieniu :) Słońce jednak tego dnia nam nie przeszkadzało gdyż w pewnym momencie zaczął nam towarzyszyć lekki deszcz i tak było do końca wycieczki.
Do góry© autochton
Dla opornych możliwym jest dostanie się na Vodno wyciągiem w wygodnych wagonikach. W trakcie weekendów korzytsa z tej możliwości spora liczba osób. Ponadto natrafić można na fanów downhillu, z którymi to pewnego dnia zapoznał się mój brat, miał z nimi okazję pojeździć i wymienić się kilkoma uwagami na temat rowerowej sytuacji w Polsce i Macedonii.
Kolejka na Vodno© autochton
Po kilku chwilach wypoczynku pożegnaliśmy się z górą Vodno i pojechaliśmy dalej na zachód w nadzeji na dotarcie do Jeziora Matka.
Park miniatur© autochton
Jazda była bardzo przyjemna, przez większość trasy poruszaliśmy się granią, poza kilkoma momentami gdzie pogubiliśmy drogę. Patrząc wokół można dojść do wniosku, że po dostaniu się na szczyt jakiejś góry dalsza jazda szczytami to już przyjemność. Problem tkwi w dostaniu się na ten szczyt bo góry są dość strome :)
Raz z góry, raz pod górę© autochton
Jazda© autochton
Tomcze na zjeździe© autochton
Tak też powoli w drobnym deszczu jechaliśmy i oglądaliśmy widoczki. Pogoda była idealna.
Widoki, widoki© autochton
I jeszcze trochę widoków© autochton
W pewnym momencie trafiliśmy na stare bunkry, które obecnie służą jako obora dla bydła, tak wnioskowaliśmy po sporej ilości krowiego łajna w środku i stadzie krów, które kawałek dalej napotkaliśmy.
Bunkry / obory© autochton
Turystycznie© autochton
Po grani© autochton
W tle Vodno© autochton
Krowy macedońskie© autochton
Nad samo Jezioro Matka nie dotarliśmy, a jedynie w okolice i to dość dalekie, a raczej wysokie. Jak okazało się pare dni później kiedy to miejsce wizytowaliśmy samochodem, rowerem z tej trasy trudno by było się dostać nad jezioro. Generalnie znajduje się ono pomiędzy pionowymi ścinami gór :)
Widok w kierunku jeziora Matka, jeziora nie widać :)© autochton
Widok na Skopje© autochton
Chwila wytchnienia© autochton
Po paru chwilach odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną odbijając oczywiście na ścieżki biegnące po zboczu. Jak zwykle były ich setki i postanowiliśmy, że za każdym razem będziemy wybierać "tą po prawej stronie", żeby się nie pogubić w razie draki jak to miało miejsce pierwszego dnia jazdy na Vodno. Tomek pojechał szybciej, ja wolniej zupełnie inną trasą, ale jakoś psotkaliśmy się na dole.
W drodze powrotnej© autochton
Pogoda udana, a razem z nią wypad.
Macedonia - Dzień dobry Skopje!
Sporo czasu minęło od ostatniego wpisu, czas nadrobić zaległości. Ostatnimi czasy jazda rowerowa w moim wydaniu ograniczała się do krakowskich ulic, nie było zatem o czym wspominać. Z braku czasu odwlekałem sprawozdanie z wyjazdu do Macedonii, ale teraz po mału, w kilku rzutach, postaram się wszystko przedstawić.
Sprawozdanie moje już nie będzie na gorąco, a na zimno i to całkiem zimno gdyż koniec września za pasem. Wracam jednak chętnie pamięcią do słonecznego macedońskiego licpa. Jako, że moja dziewczyna jest rodowitą skopijką, urodzona i wychowana w Skopje, czas był najwyższy, aby rodzinne strony Anety (takie jej imię) poznać.
W tym względzie niezawodnym organizatorem okazał się mój brat Tomek. Zarządził, że on, ja i nasza koleżanka Asia, wsiadamy do jego Lanci Ypsilon i ruszamy 1200 km na południe z rowerami na dachu. Na miejscu w Skopje była już Aneta więc spakowaliśmy się do małeo samochodziku i ruszyliśmy na Bałknay. Tutaj pominę trudy podróży, prezentowało się to mniej więcej tak jak na poniższym zdjeciu.
Przybyliśmy na miejsce po około 20 gdzoniach podróży i ulokowaliśmy się w mieszkaniu Slavka przyjaciela Anety. O miejscu naszego pobytu i sprawach pobocznych napiszę w kolejnym sprawozdaniu. Po niedzielnym wypoczynku i wizycie w domu Anety postanowiliśmy rozpocząć tydzień od zdobycia góry Vodno mieszczącej się w sąsiedztwie centrum miasta.
Temperatura przez cały czas naszego pobytu w Macedonii raczej nie spadała poniżej 30 stopni celcjusza, tego dnia podczas naszego wyjazdu sięgała niemal 40 :) Nie wywarło to na nas wrażenia i powoli wspinaliśmy się krętą asfaltową drogą na szczyt Vodno. Po drodze można było podziwiać malowniczą panoramę miasta, które z każdym dodatkowym metrem zdobytym w pionie rozpościerało się przed nami coraz okazalej. Czymże byłaby wycieczka bez porządnego turystycznego ujęcia. Uwaga prezentowane zdjęcie nie jest przeznaczone dla wrażliwych oczu :)
Rzeczą, która łączy moje rodzinne Radziechowy i położone kawał drogi na południe Skopje jest krzyż, w jednym jak i w drugim nie byle jaki krzyż. Radziechowski krzyż mieści się na górze Matyska (pewnie niektórym z was jest to znane miejsce), a krzyż skopijski (mam nadzieję, że dobrze wszystko odmieniam) stoi nad miastem na górze Vodno właśnie.
Wielkości krzyży nie porównywałem, ale ten z Vodno jest ciut większy. W oczy rzuca się jedna zasadnicza różnica między nimi. W Radziechowach u stóp krzyża umiejscowiona jest kaplica, a w Skopje sklep i wykańczana jeszcze wtedy restauracja. Kwestia podejścia Macedończyków i Polaków do spraw związanych z wiarą jest diametralnie różna, po prostu nie przywiązuje się tam do niej aż tak wielkiego znaczenia, dziwi jednak pompowanie pieniędzy w tak okazałe budowle jak wspominany krzyż.
Poza wspomnianą atrakcją stworzoną ludzką ręką, mamy do czynienia z pełną kunsztu i przepuchu doskonałością tworów natury. Jedno można powidzieć o Macedonii, gór tutaj nie brakuje. Zapaleni górale mają co robić i co podziwiać. Bezwarunkowo padam na kolana!
Troszkę czasu spędziliśmy na szczycie, szcerze mówiąc rozbolała mnie głowa od nadmiaru słońca, ale wszystko było w porządku. Polskie organizmy nieprzyzwyczajone do takiego klimatu mają pod górkę dosłownie i w przenośni. Korzystając ze zdobyczy cywilizacji połączyliśmy się jeszce z dziewczętami, które to gdzieś w mieście się przemieszczały prawdopodobnie.
Grawitacja jednak zaczęła z nami powoli wygrywać i coraz bardziej ciągnęło nas w dół. Opór nasz długo nie trwał dlatego po przyjżeniu się mapce okolicy ruszyliśmy w drogę powrotną.
Co tu dużo mówić, o ile podjazd asfaltami można uznać za potwornie nudny, nie można tego powiedzieć o zjeździe ścieżkami i ścieżynkami, których tu jest pełno! Pojechaliśmy na przełaj i szczerze mówiąc żałować nie można było. Wariantów zjazdu z Vodno jest chyba milion. Istny raj dla miłośników downhillu i enduro, ten kraj generalnie jest do tego stworzony. W kwestii zjazdowej mógłby się wypowiedzieć nieco mój brat, który zapoznał się jednego dnia z lokalnymi downhillowcami. Strome, kamieniste ścieżki wciąż się rozwidlają, zmieniają kierunki i zmuszają człowieka do ciągłej gimnastyki. Nie wiedziałem że zjazdy mogą być tak męczące, a zarazem dające tyle frajdy. Nowe klocki hamulcowe szybko dotarłem i przez cały pobyt uszczupliłem znacząco, chociaż jazdy na rowerze nie było aż tak dużo jakbym tego chciał.
Powrót do domu i odpoczynek przy arbuzie i innych dobrodziejstwach Skopje był bezcenny, ale o tym w kolejnym sprawozdaniu. Już wkrótce!
Sprawozdanie moje już nie będzie na gorąco, a na zimno i to całkiem zimno gdyż koniec września za pasem. Wracam jednak chętnie pamięcią do słonecznego macedońskiego licpa. Jako, że moja dziewczyna jest rodowitą skopijką, urodzona i wychowana w Skopje, czas był najwyższy, aby rodzinne strony Anety (takie jej imię) poznać.
Flaga Macedonii© autochton
W tym względzie niezawodnym organizatorem okazał się mój brat Tomek. Zarządził, że on, ja i nasza koleżanka Asia, wsiadamy do jego Lanci Ypsilon i ruszamy 1200 km na południe z rowerami na dachu. Na miejscu w Skopje była już Aneta więc spakowaliśmy się do małeo samochodziku i ruszyliśmy na Bałknay. Tutaj pominę trudy podróży, prezentowało się to mniej więcej tak jak na poniższym zdjeciu.
W drodze do Macedonii© autochton
Przybyliśmy na miejsce po około 20 gdzoniach podróży i ulokowaliśmy się w mieszkaniu Slavka przyjaciela Anety. O miejscu naszego pobytu i sprawach pobocznych napiszę w kolejnym sprawozdaniu. Po niedzielnym wypoczynku i wizycie w domu Anety postanowiliśmy rozpocząć tydzień od zdobycia góry Vodno mieszczącej się w sąsiedztwie centrum miasta.
Panorama Skopje© autochton
Temperatura przez cały czas naszego pobytu w Macedonii raczej nie spadała poniżej 30 stopni celcjusza, tego dnia podczas naszego wyjazdu sięgała niemal 40 :) Nie wywarło to na nas wrażenia i powoli wspinaliśmy się krętą asfaltową drogą na szczyt Vodno. Po drodze można było podziwiać malowniczą panoramę miasta, które z każdym dodatkowym metrem zdobytym w pionie rozpościerało się przed nami coraz okazalej. Czymże byłaby wycieczka bez porządnego turystycznego ujęcia. Uwaga prezentowane zdjęcie nie jest przeznaczone dla wrażliwych oczu :)
Autochton bez cenzury© autochton
Rzeczą, która łączy moje rodzinne Radziechowy i położone kawał drogi na południe Skopje jest krzyż, w jednym jak i w drugim nie byle jaki krzyż. Radziechowski krzyż mieści się na górze Matyska (pewnie niektórym z was jest to znane miejsce), a krzyż skopijski (mam nadzieję, że dobrze wszystko odmieniam) stoi nad miastem na górze Vodno właśnie.
Krzyż na szczycie Vodno - prawie jak na Matysce :)© autochton
Wielkości krzyży nie porównywałem, ale ten z Vodno jest ciut większy. W oczy rzuca się jedna zasadnicza różnica między nimi. W Radziechowach u stóp krzyża umiejscowiona jest kaplica, a w Skopje sklep i wykańczana jeszcze wtedy restauracja. Kwestia podejścia Macedończyków i Polaków do spraw związanych z wiarą jest diametralnie różna, po prostu nie przywiązuje się tam do niej aż tak wielkiego znaczenia, dziwi jednak pompowanie pieniędzy w tak okazałe budowle jak wspominany krzyż.
Poza wspomnianą atrakcją stworzoną ludzką ręką, mamy do czynienia z pełną kunsztu i przepuchu doskonałością tworów natury. Jedno można powidzieć o Macedonii, gór tutaj nie brakuje. Zapaleni górale mają co robić i co podziwiać. Bezwarunkowo padam na kolana!
Gór ci tutaj dostatek© autochton
Troszkę czasu spędziliśmy na szczycie, szcerze mówiąc rozbolała mnie głowa od nadmiaru słońca, ale wszystko było w porządku. Polskie organizmy nieprzyzwyczajone do takiego klimatu mają pod górkę dosłownie i w przenośni. Korzystając ze zdobyczy cywilizacji połączyliśmy się jeszce z dziewczętami, które to gdzieś w mieście się przemieszczały prawdopodobnie.
Centrum dowodzenia światem na Vodno© autochton
Widoki z Vodno© autochton
Grawitacja jednak zaczęła z nami powoli wygrywać i coraz bardziej ciągnęło nas w dół. Opór nasz długo nie trwał dlatego po przyjżeniu się mapce okolicy ruszyliśmy w drogę powrotną.
Walka z grawitacją© autochton
Mapa okolicy© autochton
Poddajemy się grawitacji© autochton
Co tu dużo mówić, o ile podjazd asfaltami można uznać za potwornie nudny, nie można tego powiedzieć o zjeździe ścieżkami i ścieżynkami, których tu jest pełno! Pojechaliśmy na przełaj i szczerze mówiąc żałować nie można było. Wariantów zjazdu z Vodno jest chyba milion. Istny raj dla miłośników downhillu i enduro, ten kraj generalnie jest do tego stworzony. W kwestii zjazdowej mógłby się wypowiedzieć nieco mój brat, który zapoznał się jednego dnia z lokalnymi downhillowcami. Strome, kamieniste ścieżki wciąż się rozwidlają, zmieniają kierunki i zmuszają człowieka do ciągłej gimnastyki. Nie wiedziałem że zjazdy mogą być tak męczące, a zarazem dające tyle frajdy. Nowe klocki hamulcowe szybko dotarłem i przez cały pobyt uszczupliłem znacząco, chociaż jazdy na rowerze nie było aż tak dużo jakbym tego chciał.
Super ścieżki!© autochton
Odpoczynek na zjeździe :)© autochton
Powrót do domu i odpoczynek przy arbuzie i innych dobrodziejstwach Skopje był bezcenny, ale o tym w kolejnym sprawozdaniu. Już wkrótce!